Dzicze Opowieści

Grudzień. Dzicze wieczory. Nie dzikie, tylko właśnie dzicze. Opowieści o dzikach tworzą się same, a ich bohaterowie są rozmiarów tak potężnych, że wyobraźnią trudno objąć ich wielkie gwizdy i zjeżone jak kolce jeżozwierza Chyby. Czy wszystkie są prawdziwe? Chyba nie, ale ich echo brzmi jak najpiękniejsza myśliwska pieśń.
Dzik, zwierzę z pozoru słabo rozgarnięte, o zbyt małej w stosunku do tułowia głowie, masywne, całkowicie pozbawione szyi i mało zwrotne, okazuje się mistrzem sprytu i kamuflażu. Tylko małe, osadzone po obu stronach gwizdu, bystre oczka, świadczą o tym, że potrafi on nie tylko myśleć, ale nawet nieźle kombinować! Bo jakie wrażenie można odnieść, jeśli składając wizyty w łowisku, bez względu na to czy regularne, czy też przypadkiem, wszędzie widzi się ślady, a dzików nie można spotkać? Zbuchtowane łąki, powywracane kęsy murawy, przekopane jak w ogródku u cioci okolice buków i dębów, tylko namiastka tego, co potrafią zdziałać kosmate świntuchy w ciągu zaledwie kilku godzin. Ale kiedy człowiek zjawia się w łowisku, to oczywiście jak kamień w wodę! Można siedzieć na ambonie godzinami, można sobie odmrozić palce, uczy i nos, a one i tak nie przyjdą. Może i są okolice, gdzie obraz dzika pokazuje się w szkle lunety, kiedy tylko myśliwy sobie zamarzy o pieczonym udźcu albo wędzonej, mocno czosnkowej kiełbasie. Może i są, ale nie wszędzie. Bo dzika sobie trzeba wychodzić, bo dzik, to pan dzik, a nie byle dzika świnia. Szczególnie jak się trafi na takiego jak ten Odyniec. Nie raz i nie dwa zagrał nam na nosie. Właśnie ten, którego tropy wiele razy widywaliśmy w okolicy. Potężny pojedynek wędrował najchętniej bukową aleją, ale często zaglądał nad rzekę, ale odciski jego rapet w tajemniczy sposób ucinały się na błotnistej drodze lub ginęły w sosnowym zagajniku. Dematerializował się, czy co? Nie, on po prostu z nas drwił. Im bardziej nam na nim zależało, tym bardziej stawał się dla nas nieosiągalny. Ale było miejsce, gdzie nasz konspirator zaglądał najczęściej: niewielka polanka wśród świerków. Ciekawe. Nie było tam nic takiego, co normalnego, przeciętnego dzika może zainteresować, ale ten dzik, to nie był takie sobie zwykły dzik: miał swoje poglądy na świat, swoje ścieżki i swoje drzwi do lasu. Ci, którzy się na niego natknęli, mówili, że mógł mieć ponad sto dwadzieścia kilo. A widziało go sporo osób: mężczyźni zwożący drewno z lasy, kobiety wracające ciemnym popołudniem z autobusu, niedzielni spacerowicze z pobliskiego miasteczka, tylko myśliwym się nie pokazywał. Kiedy ktoś wybierał się na polowanie, pan Odyniec znikał. Jakby miał wgląd w zeszyt wyjść w łowisko, albo tajemniczy układ z łowczym. Zostawiał po sobie tylko głębokie, wyrzeźbione w śniegu tropy, w których z powodzeniem mieściła się męska dłoń. I nie pomagały zachęty w postaci ziemniaków, kukurydzy czy innych dziczych przysmaków: poczęstunek znikał razem z dzikiem. Jeden z myśliwych, człek poważny i stanowczy, postanowił pokazać kolegom, że to tylko wymysł. W tym celu zaczaił się tu przy nęcisku, zbrojny jedynie w lornetkę i postanowił zaczekać. Jakie było jego zdziwienie, kiedy w świetle księżyca, kilkanaście metrów od niego, spokojnie zaczaił żerować olbrzymi dzik. Jako że niedowiarek był nieuzbrojony i wyjść w łowisko nie figurował, więc pojedynek mógł spokojnie delektować się smakołykami. Myśli, jakie kłębiły się w głowie nemroda cytować nie wypada. Mimo kulinarnych wybiegów, dyżurów na rzepakowym polu, godzin spędzonych w łowisku i nieprzespanych nocy, żadnemu myśliwemu wybierającemu się z bronią na polowanie, ten wielki pojedynek nigdy się nie pokazał. Paradował jednak przed każdym, kto odwiedzał go w celach pokojowych, a w lornetce można było podziwiać jego wspaniały oręż.