W cieniu słonki

Nic tak nie cieszy oka, jak ciągnące nad rozlewiskiem słonki. Wieczory jeszcze są chłodne, ale widok ciemnej, długodziobej sylwetki na tle czerwieniejącego zachodzącym słońcem nieba, rozpływa się ciepłem po całym ciele. Od lat nie ma już wiosennych polowań na słonki, zniknął czar kwietniowych łowów na ciągach, zamknięto jeden z najpiękniejszych rozdziałów historii polskiego łowiectwa. Ten niewielki ptaszek dostarczał wielu emocji, był wyzwaniem i dumą myśliwego. Dziś można tylko usiąść na ambonie i posłuchać jak chrapią i psykają słonki.
Kwiecień nie rozpieszcza przyrody, w ciągu dnia przyświeca ostro słońcem, budząc do życia co oporniejszych przedstawicieli flory i fauny, a nocą śpi smacznie nie bacząc na przymrozki. Zostawienie delikatnych pędów na pastwę nocnych chłodów, zaowocowało sczerniałymi końcówkami i posiwieniem młodych traw. Szkoda pracy… Ale mimo tych niedoskonałości, w przyrodzie powoli zaczyna się ruch, bo to właśnie kwiecień, a nie maj jest miesiącem miłości. W zależności od gatunki, stroną czynną jest albo samiec, albo samica. Nad wodą rządzi płeć męska, wróciły cyranki, które tokuja w najlepsze. Ze wszystkich zakątków przywodnych chaszczy słychać rejwach i gwar. Tylko kaczor krzyżówki jest spokojny, swą wybrankę poznał już jesienią. Mocne skrzydła z charakterystycznym rysunkiem piór raz po raz rozbijają powierzchnię wody. Awantury, popisy zręczności, bijatyki… Samce cyranek romantycznie płyną ze swoimi wybrankami wtuliwszy dzioby w zakończenie ich ogonów. Latem, z ukrytych w trawie gniazd, na wodę sturlają się małe, puszyste kuleczki. Ale zanim wyklują się ze swoich skorupek czyha na nie wiele niebezpieczeństw. Na śródleśnej polanie, w pracowicie wygrzebanej norze, właśnie przyszły na świat niedoliski. Ich matka bardzo o nie dba; póki co karmi mlekiem, ale kiedy przyjdzie czas, wyruszy na łów, a wtedy ptasi drobiazg będzie zagrożony. Liszka zrobi wszystko, żeby zaspokoić głód swoich dzieci: nie pogardzi pisklęciem, młodym zającem, ani koźlęciem! Nieład panujący przed norą będzie świadczył tylko o tym, że jest dobrą matką.
Wszystkie leśne mamy starają się sprostać trudom macierzyństwa. Niektóre muszą to robić za siebie i za inną. Smutna historia: jeszcze wczoraj, na polu pod bukowym lasem, żerowały dwie lochy z pisklakami. W ciągu dnia chroniły się w gęstym młodniku za drogą i dopiero wczesnym wieczorem wyprowadzały swoje potomstwo na posiłek.
Drogą mało kto jeździł, od czasu do czasu ciągnik, albo jakiś zbłąkany samochód, któremu kapryśny głos GPS wskazał rzekomo najkrótszą drogę. I właśnie, ten niczego nie spodziewający się kierowca, nie zdjął w porę nogi z gazu. Młode trochę pokręciły się przy nieruchomej matce, ale potem powędrowały za lochą, która przechodziła w pobliżu. Wiecznie pokwikującego pasiastego drobiazgu porachować się nie da, zresztą po co liczyć, są to są. A że jedenaście zamiast sześciu? Widać rodzina zastępcza w  przyrodzie jest czymś naturalnym. Czego potrzeba podrośniętym warchlakom? Wystarczy odrobina błota, kilku kumpli i nadzieja na garść pędraków na kolację. Mogą być pędraki, korzonki, albo zeszłoroczna bukiew, która wprawdzie mocno tkwi w ziemi, ale da się wygrzebać kilkoma ruchami tabakiery. Można tez dobrać się do mysiej spiżarni, która zawsze kryje w sobie jakieś smakołyki. Gospodarze tych delikatesów pewnie dawno o nich zapomnieli, albo załapali się na kolację u lisa, jako danie główne, więc niewiele ich obchodzi co się stanie z zapasami, które skrzętnie gromadzili całą jesień. Jest też nadzieja, że przyrodnie rodzeństwo ustąpi miejsca przy ciepłych sutkach, powinno wystarczyć dla wszystkich.