Zapach lata

Śródleśna łąka, enklawa ziół i kwiatów okolona drzewami; z jednej strony świerki, z drugiej sosny i brzozy, ot zwykły las gospodarczy, ale jakby trochę zapomniany. Poutykany miejscami żarnowiec przebłyskuje jeszcze resztkami żółci, jego czas już dawno przeminął, a miejsce kwiatów zajęły miniaturowe strączki.
Ze świerków podbitych gęsto paprociami wysuwa się rogacz. Najpierw idzie powoli, trzymając się plamy cienia, a potem w dwóch susach ląduje na środku polany. Trawy i zioła przesłaniają go całego, wśród kwitnącej tymotki widać tylko ciemne, mocne parostki górujące nad łyżkami. Szóstak. Przyszłościowy. Niedługo będzie miał pole do popisu, ruja u sarny dopiero się zaczęła. Aksamitne nozdrza unoszą się wyżej, wśród rumianków i krwawnika przebłyskuje wilgotna, czarna plama. Łyżki wyginają się na wszystkie strony starając się strząsnąć natarczywe owady. Niedługo uwiedzie go jakaś grzejna koza, przy której zabawi kilka dni, aby potem, wzorem don Juana, powędrować do innej. A jeśli obcy kozioł będzie kręcił się obok niej? Trzeba będzie pokazać mu moc swoich parostków. Byle nie trafić na szydlarza! Ciąża u sarny nie toczy się zwykłym rytmem macierzyństwa, zarodek zasypia w łonie matki na wiele miesięcy i budzi się dopiero wtedy, kiedy dostanie sygnał z zewnątrz, że już czas, że znów można zacząć żyć.
Miękki, zielony dywan ugina się pod nogami, raz, dwa, raz, dwa ciężko wyciągnąć stopy z grząskiego kożucha. Woda wlewa się do butów, podeszwy wciskają się nieposłusznie w spleję. Woda – nie woda, ląd – nie ląd, pod warstwą zbitej roślinności chlupie jezioro. Zamiast chłonąć widoki przeznaczone tylko dla wybranych, człowiek wzrokiem poszukuje najbliższej kępy sitowia, która choć na chwilę da poczucie bezpieczeństwa. Jeziora i tak nie widać, oddziela je od nas gęsty pas przybrzeżnych krzewów, które w tajemniczy sposób zakorzeniły się w tym niepewnym podłożu. Od czasu do czasu, spomiędzy zieleni strzelają w górę wyschnięte pnie. Teraz służą jako punkty obserwacyjne ptakom drapieżnym. Przynajmniej do czasu, kiedy odpadną im ostatnie, wyschnięte konary. Nieraz przysiądzie na nich jakaś czapla – ryzykantka, albo myszołów. Ciekawe skąd ptaki wiedzą, że to wątłe lądowisko nie runie pod ich ciężarem? Łąki sąsiadujące z jeziorem bogate są w futrzaną drobnicę: nornice, myszy polne, rudnice i inne smakołyki. Nagle nad głową słuchać przeciągłe kiwiiiii, kiwiiiii. Myszołów najpierw długo kołuje, krzyczy, a potem coraz bardziej obniżając lot usiłuje coś wyłowić z traw i trzciny. Jeśli się spłoszy, lub uzna rejon za mało atrakcyjny gastronomicznie, odlatuje, chowając się za ciemną ścianę lasu. Bierze kurs na starą sosnę, w rozwidleniu której ma swoje gniazdo. Trzy rozdziawione dzioby czekają na coś do jedzenia. Lada dzień opuszczą przytulne zacisze i same będą starały się o pożywienie, ale teraz są jeszcze zdane na rodziców. Wędrówka ukrytym brzegiem jeziora kończy się w miejscu, gdzie wpływa do niego rzeka.
Upał. Potężny wyżeł, wierny towarzysz łowów, schronił się w cieniu ogrodowej altany. Lato cieszy ludzi, dla zwierząt jest trudne do przetrwania, pewnie nie łatwiejsze niż zima. W takiej temperaturze nawet obecność kota nie zachęca do gonitwy. Piec co chwilę pochyla łeb nad miską z wodą, a i tak wielki jak plaster szynki jęzor zwisa mu z pyska. Ziaje, chłodzi się. On i tak ma dobrze, ludzie zadbali o niego: ma wodę, ma chłód. A zwierzyna? Leśne źródełko wyschło kilka dni temu, a strome brzegi zbiornika retencyjnego nie wyglądają zachęcająco. W ubiegłym roku skończył w nim życie młody koziołek, wtedy też susza dała się we znaki. Wilgoć traw i ziół nie wystarcza, trzeba poszukać nowego wodopoju, spragnione zwierzęta czeka długa wędrówka. Nie zanosi się na deszcz. Tylko pszczoły buszują w koronie starej lipy, rozedrgane drzewo gra i tańczy, rozsiewając dookoła słodką, duszącą woń. Lipa – lipiec.