Smutno. Bezlistne drzewa straszą nagimi konarami, poranek łączy się z wieczorem gdzieś koło popołudnia. Tylko patrzeć jak pierwszy śnieg przysypie głęboko przeorane bruzdy pól i wątłą oziminę. Już kilka razy dzień obudził się posrebrzony przymrozkiem, a osłabione mgłą słońce do południa nie mogło sobie poradzić ze szklistą pokrywą na kałużach.
Czas świętego Huberta. Polowanie zbiorowe ku czci patrona spłynęło deszczem, woda wsiąkała w kapelusze, kapała do bigosu, grunt, że humory dopisywały. Ognisko sypało iskry jak wspomnienia, opowieści „z myśliwskiego kapelusza” snuły się długo w noc. Mimo chłodu młodzież wsłuchana w głos starego nemroda chłonęła czar dawnych łowów. Dla wielu z nich, polowanie hubertowskie to pierwsze zetknięcie się z prawdziwym polowaniem, do tej pory znali je tylko z książek. Stażyści, naganiacze – niech tylko nabędą myśliwskiej ogłady a sami będą tworzyć historię łowiectwa. Na razie towarzyszą w łowach, poznają przyrodę i jej zwyczaje, uczą się. „Polować to nie znaczy strzelać” , łowiectwo to nie tylko pozyskanie zwierzyny, czy wykonanie planu, to coś więcej, to cała filozofia poparta tradycjami i historią. Kto schyli głowę przed naturą, uzna jej piękno i moc, będzie przyjęty w szeregi rycerzy świętego Huberta. Pokory trzeba, wytrwałości i czasu, żeby móc o sobie powiedzieć: jestem myśliwym. Mieć broń, to jeszcze nie wszystko, strzelać, to tez mało, czuć i rozumieć przyrodę – do tego trzeba mieć serce.
Listopadowe popołudnie. Posiedziałby człowiek przed telewizorem, odpoczął, ale jest coś, co każe wstać, ubrać się w ciepłą kurtkę, wsunąć nogi w kalosze i wyjść w burą przestrzeń. Natura myśliwca zawsze wygra z aurą, bo na polowanie nie ma złej pogody, jest tylko bardzo dobra lub dobra. Wczoraj była dobra. Deszcz zacinał jak oszalały, a wicher wywijał koziołki. Jeśli na drzewach były jakieś zapomniane szczątki liści, to po wietrznych harcach na pewno pożegnały się z macierzystymi konarami. Mokre stopnie ambony wyślizgiwały się spod stóp. Wątła konstrukcja nie dawała ochrony przed zimnem, ale chociaż na głowę nie padało. Jedna godzina, druga, trzecia … Czas zapomniał o człowieku, człowiek o czasie. Ale postać wtulona w kąt drewnianej konstrukcji pozornie utkwiła w bezczynności. Mózg co chwilę rejestrował dźwięki pobrane z otoczenia  i obrazy docierające spod przymkniętych powiek. Każdy szelest, każda zmiana w krajobrazie poruszały niewidzialna strunę łowieckiego instynktu. A kiedy przyszedł czas i wypełniło się przeznaczenie, nad bukowym lasem popłynęły dźwięki myśliwskiej sygnałówki obwieszczające zamknięcie kolejnego rozdziału dziczej historii. Uhonorowany pieczęcią i pożegnany ostatnim kęsem potężny, czarny odyniec zawitał w bramy królestwa świętego Huberta.
Zmęczenie dało o sobie znać, ale człowiek szybko regeneruje siły, nie może długo trwać w bezczynności. Kolejny dzień w łowisku przynosi niezapomniane obrazy. W szkłach lornetki paraduje rudel sarn. Przeczuwając nadciągającą zimę starają się trzymać blisko siebie, razem bezpieczniej, razem łatwiej przetrwać trudne chwile. Sarnie suknie niepostrzeżenie zmieniły kolor, identyfikując się z otoczeniem, ze złotej rudości przeszły w burą szarzyznę. Część kozłów potraciło już oba parostki, część, niczym mityczne jednorożce, paraduje z jednym. Znaleźć zrzucony przez kozła parostek, ukryty wśród gęstwiny ozimego rzepaku, to szczęście. Znaleźć dwa – szczyt szczęścia. Szczęściem samym w sobie jest móc iść leśną drogą i podziwiać świat, który odsłonił przed nami całą swoja nagość. Ani drzewa, ani krzewy nie mają przed człowiekiem tajemnic. Nawet ptasie gniazda, z taką pieczołowitością chronione przez liście, teraz odsłaniają swoje zacisza. Proszę, wejdź, zaglądnij jak mieszkam –  zdaje się mówić echo gospodarzy.