Idzie luty…

Wreszcie prawdziwa zima. Śniegowe okruszki pewnie osiadają na ziemi: nie rozpływają się ani nie wsiąkają w nią, tylko zatrzymują na łąkach i polach. Świat z wolna poddaje się bieli. Tylko niepokorne buki strząsają płatki ze zrudziałych liści tak, jakby chciały zachować kolorystyczną niezależność. Czas odwiedzić kuropatwy, spytać czy czegoś im nie potrzeba. Droga prowadzi przez otwartą przestrzeń między polami, czas poskręcał stare kasztanowce i siwe brzozy, rosnące po obu jej stronach, według własnej wizji artystycznej. Pomógł mu w tym wiatr, który właśnie teraz uznał, że będzie kończył dzieło brata i hula ile sił. Za skarłowaciałą jabłonką, w kępie krzewów przetykanej żarnowcem i jeżynami, zaczyna się królestwo kuropatwy. Zbity gąszcz daje schronienie bezbronnym ptakom i jest świetną bazą wypadową na pobliskie pola. Ociężała od śniegu gałąź żarnowca tworzy nad poboczem drogi niewielki podcień; na wyjątkowo cienkiej w tym miejscu warstwie białego pyłu widać kilka trójpalczastych śladów. Są! Daleko w polu czernieje kilka punktów, które wyglądają jak czarne kostki do gry rzucane ręką niewprawionego gracza –  raz biegają się, tworząc grubą, krótką linię, raz rozciągają niczym ciemna guma do żucia. Kuropatwy. Istoty małe, kruche i delikatne, symbol uporu i przetrwania. Zbite w gromadkę, na kształt wędrujących kamieni, przemierzają zaśnieżone pole, na przemian ginąc i pojawiając się między bruzdami. Biedne maleństwa, jak natura mogła stworzyć coś tak bardzo bezbronnego? Całe życie kuropatwy to jedna, wielka walka o przetrwanie. Gdyby nie wrodzony spryt, to pewnie nie byłoby tu ich wiele. Obfitująca w drapieżniki okolica nie jest dla nich przyjazna, dobrze, że ostatnie zimy przypominały raczej mieszankę wiosny i jesieni, to chociaż o pożywienie nie musiały się martwić. Rosnące wzdłuż drogi brzozy zamieniają się na miejsca z bukami i sosnami, kapryśny gospodarz tu rządził, drzewami się bawił. Wiatr szeleści suchymi liśćmi, szumi melodie, w rytm których z sosnowych gałęzi wachlarzami spada mglisty pył. Stukania dzięcioła brzmią w tej zimowej ciszy jak uderzenia młotka. Byle dźwięk musi zastąpić cisze. Zaśnieżona powierzchnia pola przypomina trochę księżyc: wszędzie pełno mniejszych i większych kraterów; głębsze to miejsca po sarnich posiłkach, płytsze – lekko przyżółcone – ślady potrzeb fizjologicznych, no cóż proza życia. Przez dziewiczą z pozoru biel, przebiegają linie tropów, jedne idą obok siebie, inne przecinają się pod różnymi kątami, zupełnie jakby jakiś nawiedzony matematyk zamiast tablicy, usiłował wytłumaczyć dzieciom zasady geometrii w plenerze.
Pod lasem dziwna krzątanina, kilkanaście kruków uwija się przy czymś, co może być ich śniadaniem, obiadem, lub kolacją. A może wszystkimi posiłkami na raz? Daniem dnia jest koza, której zejść z tego świata pomogły najprawdopodobniej burki z sąsiedniej wsi. Wałęsające się po łowisku psy to prawdziwa plaga. Kilkadziesiąt metrów od sarnich zwłok, jak żałobny orszak, defilują: kozioł i dwie kozy, te to miały szczęście, uszły lufom i oparły się chorobom, ale czeka je niełatwa walka z zimą. Po chwili dołącza do nich kilkanaście innych, które do tej pory pasły się pod lasem i teraz całkiem spore towarzystwo rozgrzebuje pracowicie śnieg. Trzeba dobrze się napracować, żeby wydostać spod  niego chociaż odrobinę rzepakowej zieleniny. Ciemne suknie z jasnymi lustrami, ostro odcinają się na tle jaskrawobiałego śniegu, raz po raz któraś z kóz podnosi głowę i patrzy w stronę drogi, jakby stamtąd spodziewała się niebezpieczeństwa. To tylko samochód. Od połowy stycznia na wszystkie sarnie żywoty spływa spokój, teraz czas odpoczynku, a dla kóz, czas powolnego dojrzewania do macierzyństwa. Aby do wiosny…