Czas Kozła

Majowe poranki wypełnia brzęczenie owadów, świergot ptaków i marzenia o cieple. Maj – chłodny czas kozła. Zdaje się, że otoczka wiosennej pobudki tworzy się tylko po to, żeby być dekoracją jednej sceny – pożegnania rogacza. Mokre trawy czepiają się kaloszy i ślimaczym ruchem prześlizgują się po nogawkach spodni, za ostatnim krokiem ponownie łączą ze sobą dwa brzegi ścieżki. Masz odwagę stanąć oko w oko z płowym księciem? Jesteś gotowy? On właśnie wyszedł po cichu z pobliskiego lasu i jakby w geście powitania schylił łeb nad kępą ziół. Czarne łodygi żarnowca złowieszczo sterczą z rozzielenionej polany, stary dąb jeszcze nie do końca obudził się z letargu, ale jak zawsze służy pomocą. Oprzyj się o jego chropowatą korę, przecież potrzebujesz wsparcia! Kolba uciska ramię, krzyż lunety ustawia się w jednym punkcie, wszystko jak w marzeniach, wystarczy jeden ruch. Nagle lufa powoli zmienia kąt nachylenia, cichy trzask zabezpieczanej broni kończy widowisko. Polować nie znaczy strzelać, są takie chwile, których nie warto kończyć zbyt wcześnie, niech trwają, bo czas koła przecież dopiero się zaczął. Jeszcze trzeba poczekać, jeszcze parostki nie wybarwione, jeszcze emocje trzymają za krtań. Może nastał czas kozła, ale to jeszcze nie TEN czas. Nie wszystkie kozły wytarły scypuł, najmłodsze pokolenie paraduje z pierwszymi szpicami pokrytymi delikatnym meszkiem. Niby dorosły, a jeszcze dziecko.
Poranne wędrówki przez pola, wieczorne zasiadki do zmierzchu, oczy zmęczone od wpatrywania się w roztańczone trawy, wszystko dla rogacza. Nawet przeprawa przez wszechobecny rzepak, którego żółte płatki złośliwie oblepiają kolbę sztucera, lornetkę i gumowe buty, wydaje się spacerem po nadmorskiej promenadzie. Słodki zapach żółtych kwiatów wkręca się w nozdrza i mąci myśli – ile jeszcze do zmierzchu? Na tle ciemnej ściany lasu różowe i białe kwiaty drzew owocowych wyglądają jak obłoki, które spadły z wiosennego nieba. Posadzone ku radości jeleni i sarn cieszą oko człowieka. Zieleń rozpanoszyła się na dobre, po przetykanych mniszkami łąkach dumnie kroczą bociany i żurawie, a czarne skrzydła jaskółek przecinają powietrze tuż nad ich głowami. Będzie deszcz! Nad polna drogą unosi się kurz, między koleinami biegnie ptasi drobiazg. To kuropatwa. Delikatnie, kołysząc się na boki, zabiega raz w prawo, raz w lewo. Od czasu do czasu podfrunie do góry, ale tylko kawałek, żeby nie dać się podejść za blisko i znów zaczyna swoją wędrówkę. W trosce o bezpieczeństwo potomstwa, wyprawia różne brewerie, żeby odwrócić uwagę intruza. Raz udaje osłabioną, to znowu ranną w skrzydło … musi sobie jakoś radzić. Jeśli natura nie wyposażyła jej ani w zęby, ani ostre pazury, pozostaje spryt. Cziiiraap, czirrrit – przekrzykują się nawzajem pan i pani kuropatwa: „niebezpieczeństwo minęło, możesz być spokojna”. Pod czułymi skrzydłami rodziców chroni się stadko młodych zielonek. Na polu nie zabraknie dla nich owadów, nasion i młodych pędów, byle o rodzinie nie dowiedział się krogulec, błotniak albo lis.
W maju jak w filharmonii, przyroda nie tylko maluje obrazy z upodobaniem nadużywając zielonej i żółtej farby, ale tez urozmaica je muzyka. Z kakofonii dźwięków trudno wyodrębnić konkretne nuty, miesza się świergot z gwizdem, świst ze skrzekiem. Wszystko jak w orkiestrze, w której dyrygent na chwilę gdzieś wyszedł. Ale chaos jest tylko pozorny, każda ptasia nuta ma sens i każda czemuś służy, bo kiedy się dobrze wsłuchać, to bez problemu można odróżnić okrzyk radości młodych dzięciołów na widok smakowitych kąsków, wesoły trel kapturki czy zaśpiew kosa. Wydaje się, że całe ptasie jestestwo opiera się na muzyce, ale im więcej lata, tym ciszej robi się w lesie i na polach: milkną świąteczne pieśni, ich miejsce zastępuje codzienna troska o młode pokolenie.