Marcowe marzenia

Pola i łąki powoli wypełniają się ptasim gwarem, od rzeki niesie się żurawi klangor. Słońce roztapia przemarzniętą ziemię, a spod resztek śniegu wychylają się białe dzwoneczki przebiśniegów – pierwsze symbole nadchodzącej wiosny. Pogoda pewnie jeszcze spłata nam psikusa; sypnie śniegiem, połozy szron na pierwszej, delikatnej trawie, czy zetnie wodę w przydrożnym rowie, ale wiadomo, że zima nie ma już najmniejszych szans.
Marzec to jeden z najbardziej kapryśnych miesięcy w roku. Nic tak nie złości człowieka jak fakt, że jakiś tam marzec miesza w garncu. Marcowy wieczór żegna dzień wiatrem i deszczem, a wita otulają wszystko w biały puch do tego stopnia, że przy próbie przedarcia się przez leśną drogę, śnieg wsypuje się za cholewki dość wysokich butów myśliwego. Śnieżne szczęście trwa zazwyczaj bardzo krótko, przed południem, dzięki promieniom słonecznym wierzchnia warstwa pokrywy śniegu zaczyna powoli topnieć, choć spodnia, jeszcze przymrożona, dzielnie trzyma się ziemi. Chodzenie po takiej nawierzchni nie należy do przyjemności. Konia z rzędem temu, kto ujdzie choć dziesięć metrów i nie zasapie się. Jednak odpuścić sobie wypad w łowisko w taki czas, to prawie przestępstwo. Nie zobaczyć jak zielenieją stulone jeszcze pączki liści, jak topnieje lód w przydrożnym rowie, czy osypują się ze stromych, świerkowych gałęzi resztki śniegu, to tak jakby nie przeżyć przedwiośnia… Kiedy woda z topniejącego śniegu wykurza z nor polny drobiazg, na łowy wyrusza lis. Delikatnie, indiańskim krokiem, przez niego niezauważony, przemyka się ciemną smugą miedzy. A to przystanie, a to się rozejrzy, bo zaniepokoją go odgłosy z pnia starej wierzby i tak sobie idzie raz oziminą, raz świeżo przeoraną bruzdą. Może mu się poszczęści, może nie?
Przedwiośnie strzeże złośliwie swoich uroków: raz kusi światłem, raz zasnuwa niebo ołowianymi chmurami chciwie chowając to, na co tak bardzo czekaliśmy całą zimę. Jeszcze sobie poczekacie! – wydaje się krzyczeć śniegowa ciemność na horyzoncie. Tylko żurawie nie chcą czekać i chociaż polna stołówka niewiele ma im jeszcze do zaoferowania, wytrwale przemierzają przedwiosenne przestrzenie.
Wieczór. Marcowa pełnia zaprasza na przechadzkę. Znowu przymroziło i śniegowe resztki chrupią pod butami, zakłócając nocną ciszę. Księżyc oświeca zapisane tropami połacie śniegu, a ciemne, pozbawione białej powłoki bruzdy ziemi, wydają się nienaturalnie porozrzucane. Dziki? Połacie pól i łąk są jak kartki książki, wszystko można z nich wyczytać; jakie zwierzę wędrowało po śnieżnej pustyni i jak się zachowało. Wystarczy przewrócić stronę, czyli zrobić krok do przodu. W szkłach lornetki wyraźnie widać jak od bryły lasu odrywa się ciemniejsze pasmo. Początkowo jest jednolitą smugą, ale w miarę przybliżania się wyraźnie widać, że dzieli się na mniejsze elementy, z których każdy porusza się swoim rytmem. Taki rozkołysany sznur korali niewidzialną ręką ciągnięty przez nierówności terenu, raz unosi się, raz opada na rzepakowych bruzdach. Jeden, dwa, trzy, (…) dwadzieścia… nieduże, ok. 20-30 kg. Najpotężniejszy, może mieć powyżej 80 kg. Przebiegają pas trzcin okalających śródpolne jezioro i błyskawicznie rozpierzchają się po łące w poszukiwaniu kolacji. Ale wystarczy jeden szelest, żeby cała wataha rzuciła się do ucieczki! Szaleńczy bieg kończy się w melioracyjnym rowie, do którego całe stado rzuca się z impetem godnym zawodowych pływaków. Z drugiej strony łąki, na placu boju, wesoło wkracza pięć niewielkich dziczków – sprawców zamieszania … I po co był ten pośpiech?