Październikowe mgły otulają jesienny wieczór. Milkną powoli odgłosy jelenich porachunków. Dni są coraz krótsze, bardziej ospałe i leniwe. Liście zmieniły miejsce przebywania i zamiast wyższych pięter drzew – wybrały parter. W suche dni szeleszczą pod nogami, zdradzając obecność człowieka, a w deszczu zmieniają się w ślizgawkę. Dzisiejszej nocy księżyc był wyjątkowo piękny. Wytoczył się na czarne niebo jak gigantyczna piłka i zagościł nad lasem. Czubki drzew początkowo kładły się czarnymi cieniami na jego obliczu, brakowało tylko, żeby jakiś nocny ptak zarysował swój kontur, a można było uwierzyć, że los obsadził nas w niskobudżetowym filmie z kiczowatą scenografią. Tylko naturze wolno tak malować księżycową podobiznę, pozostałe obrazy, z fotografią łącznie, to nędzne podróby. Smugi nielicznych chmur, chwilami przysłaniały szacowne oblicze Srebrnego Globu tak, jakby chciały zwrócić na siebie jego uwagę. Jakiś czas jeszcze podziwialiśmy księżycową ognistość, ale z każdą chwila robiła się ona coraz bledsza. Człowiek zawsze zazdrościł Twardowskiemu, że ma całą paletę dla siebie, ale odpowiedzialności za swoją nie potrafił wziąć.

Październikowe godziny na ambonie dłużą się niemiłosiernie. Podopieczny – stażysta, młody człowiek, zmęczony całodziennymi wykładami na uczelni, wtulił się w kąt i zasnął. Już późno, właściwie powinniśmy wracać do domu, ale Ty nagle zaświeciłeś tak jasno, że żal było nie skorzystać z zaproszenia do dyskusji. Porozrzucałeś wśród drzew swoje sine, zamglone promienie i wpuściłeś między pnie nocne ptaki. Chyba miniony dzień nie był tak jasny jak ta noc. Kiedy przechyliłem głowę do tyłu, mocno, aż do bólu karku, zobaczyłem migocące, jasne punkciki; wiem, że niektóre to gwiazdy, a niektóre planety, ale nigdy nie wiem, które świecą swoim światłem, a które odbitym. Zresztą jakie to ma znaczenie dla kogoś, kto tylko podziwia ich urok? Leśną drogą, wyginając łukowato wąskie, podłużne ciałko, przebiegła kuna. Małe łapki delikatnie zaszeleściły na suchych liściach i poniosły właścicielkę w bliżej nie określonym kierunku. Pani też na polowanie? Na skraju lasu, w ledwo posrebrzonych przez poświatę trawach, ostro odcinają się ciemne buchty.  Wywrócona do góry korzeniami darń zdaje się jeszcze parować… chyba się zgadaliśmy, mój Srebrny Kolego, bo nie słyszałem, żeby dziki wyczyniały swoje harce, a to przecież zaledwie kilkadziesiąt metrów. Przez lornetkę patrzę w Twoją twarz i widzę sinawe zagłębienia w okolicy oczu, bruzdę koło ust i zadumane czoło. Nad czym myślisz? Czy chociaż przez chwilę przemknęło Ci przez głowę, że gdzieś tam w dole żyją ludzie i zwierzęta? Że dzięki tobie myśliwi mogą przeżyć swoją wielką, łowiecką przygodę? Niektórzy pierwszą w życiu, inni kolejną, choć nie mniej ekscytującą. Wspominam poprzednią pełnię, co wtedy robiłem? Hmmm, pewnie też siedziałem na ambonie, tylko jakby trochę cieplej było. Szczelniej otulam się szalikiem, zimne powietrze usiłuje wsunąć się pod kurtkę. Śpiącemu starzycie nie przeszkadza ani chłód, ani twarda ławka, wcisnął się mocniej w kąt i zamruczał coś pod nosem. Może powtarza regulamin polowań? A może marzy o swojej pierwsze zbiorówce? Już niedługo wzdłuż ściany lasu ustawia się myśliwi, rozlegnie się sygnał „Naganka naprzód” ; zagrają psy… Z drugiej strony lasu, słychać krótki huk, odgłos wystrzału ostro odbił się od aksamitu nocy i ugrzązł w ciszy. Darz Bór. Telefon zatańczył w kieszenie kurtki: – tak, oczywiście, już schodzę, zaraz pomożemy. Trzeba obudzić śpiocha. Żegnaj Księżycu, przyjacielu myśliwych, do zobaczenia, może nawet jutro. Ale dziś, jeśli możesz, przyświeć nam jeszcze przez chwilę, tak po znajomości.