Nie chodzimy często razem na polowanie, mieszkamy daleko od siebie i pewnie dlatego moje wizyty w Twoim łowisku są dla mnie takim świętem. Nasze dzisiejsze łowy mało przypominały polowanie – za dużo mieliśmy sobie do powiedzenia, żeby milczeć, ale wyprawa w łowisko była. Mimo przedwieczornej pory trudno było złapać oddech, ciężkie rozgrzane powietrze zatrzymywało się tuż przy ustach. Niby lato ma się ku końcowi, a jednak nic nie zapowiada tego, żeby chociaż noce były chłodniejsze. Tylko nieraz rano, jakaś nitka babiego lata przesunie się po twarzy. Na polach sprzątnięto już zboża, na rżyskach rezydują tłumnie grzywacze. Najpierw z głośnym furkotem lądują wśród sterczących resztek źdźbeł, a potem dokładnie przeszukują teren w poszukiwaniu zagubionych ziaren. Nowe pokolenie pól i lasów powoli wkracza już w dorosłe życie, młode sarny i jelenie jeszcze długo będą przy matkach, ale lisy, kuny, łasice już próbują samodzielności. Kiedy prażąca kula sierpniowego słońca schowa się nieco za las, na tle ciemnej ściany drzew zarysowała się sylwetka kozła. Zdążyłeś tylko mruknąć : „ Stary cap”. Z drugiej strony lasu, z jeżynowych gąszczy, zaczęły wychodzić kozy – aktorki. Tylko jednej z nich towarzyszył koźlak, wesołe, płowowłose chłopię, radośnie brykające wśród łąkowych ziół. Powoli, starannie dobierając źdźbła i łodyżki, sarny przesuwały się na środek sceny. Patrząc tak na nie, przypomniałam sobie, jak dwa lata temu, późną jesienią, podczas jednej z naszych wspólnych wypraw, strzeliłeś kozę. To było polowanie „na wariackich papierach” : Ty zapomniałeś pastorału, ja – mimo przymrozku –  nie wzięłam rękawiczek. Na dokładkę okazało się, że żadne z nas nie pomyślało o tym, żeby zatankować samochód i cała droga powrotna upłynęła nam na modlitwie do świętego Krzysztofa o cudowne wytworzenie oparów w baku. Pięknie byśmy wyglądali, gdybyśmy ugrzęźli wieczorową porą, wśród pól, z kozą w bagażniku, bez paliwa i bez telefonu komórkowego, bo tę zdobycz techniki, przypadkowo jednogłośnie, oboje uznaliśmy za zbędną. Wtedy powiedziałeś, że każde polowanie ze mną to „zwariowane lotnisko” , może i masz rację , ale przecież nasze wspólne wyjścia w łowisko kończyły się zawsze dla Ciebie sukcesem. Kilka dzików, jeden był potężny, o ile mnie pamięć nie myli, ponad 100 kg. Strzelony na komorę, szedł prawie kilometr zanim spisał testament, twarda sztuka. Żeby nie Twój pies… Był tez kaczy dublecie, niby zwykłe sierpniowe polowanie na pióro, ale zakończone nieplanowanym aportem w Twoim wykonaniu. Młoda suczka, którą właśnie kształciłeś w trudnej sztuce pracy aportera, odmówiła współpracy. Stwierdziłeś, że dasz radę bez niej, że brzegi stawu nie są grząski, a kaczory spadły zaledwie dwa kroki od nas. Okazało się jednak inaczej : do jeziorka wpływała tajemnicza struga która rozlewała się jak Dunaj, tworząc mulistą deltę. Do domu wróciłeś w gustownym sari upiętym z koca, a Twoje zęby szczękały jak kastaniety, koniec sierpnia był wyjątkowo chłodny.

Po każdym polowaniu ucinamy sobie pogawędkę. Siedzimy przy nalewkach Twojej roboty prawie do białego rana, wspominamy… na czym polega tajemnica produkcji tych trunków –  nie mam pojęcia, ale mimo wypitych kilku kieliszeczków, umysł pozostaje jasny i tylko lekka niemoc  stawach kolanowych daje znać kiedy czas kończyć degustację. Minął właśnie kolejny wieczór z Tobą i Twoimi psami, których nie miałam serca odkleić od moich rąk, a od ciągłego drapania ich za uszami drętwiały mi już palce. I tak nie zdążyliśmy sobie wszystkiego powiedzieć, bo nie da się zamknąć w jednym wieczorze tylu myśliwskich opowieści, tylu lat przyjaźni. Czas spać, bo rano znów coś mi każe wstać i iść za Tobą. Znowu razem pomilczymy, zamyślimy się nad uciekającym latem: Ty – myśliwy i ja Twój cień – towarzysz łowów.