Idzie jesień, czas powolnego usypiania przyrody i szykowania się do zimowej nostalgii. Las zmienia strój, w mieszaninie pni tylko sosny i świerki zostają wiernie zielone, pozostałe drzewa żegnają lato ciepłem żółci, brązów i czerwieni. W kamuflażu suchych traw kryją się sarny, kozły liczą dni do końca miesiąca: jeszcze tylko kilka nerwowych świtów, kilka zmierzchów dających nadzieje na przetrwanie i skończy się „czas kozła”.
Ciemna ściana krzewów powoli ginie w wieczornej mgle, w wyschniętych trawach coś szamocze się i szeleści. Co jakiś czas szara kulka ptasiego jestestwa wyskakuje w górę z rudziejącej gęstwiny i z trzepotem drobnych skrzydełek opada kilka metrów dalej. Powoli cichnie owadzia muzyka – potencjometrem łąkowego radia kręci nadjeziorny chłód, ścisza je powoli, aż milknie zupełnie. Miejsce dźwięków zajmuje mało akustyczna cisza otoczona miękką watą oparu, mleczna smuga oddziela nocną ziemię od dziennego jeszcze nieba. Na odciętej od łąki rowem, szarzejącej zmierzchem wyspie, zaczyna się ruch: ledwo słyszalny dla ludzkiego ucha, stłumiony przez gęstwinę olch i wierzb! Łanie i młodzież ciągną tam, gdzie za chwilę rozegra się misterium potęgi i męstwa, popis mocy ojców i mężów. Widowisko ukryte przed ludzkim okiem, dostępne tylko nielicznym, intymne do tego stopnia, że nawet inne gatunki zwierząt z nabożeństwem obijają arenie tych wydarzeń. Obraz dzieli się na warstwy, jakby ktoś niewidzialnym nożem przekroił gigantyczny tort: ciemna – jasna – ciemna, środkiem tej cukierniczej kompozycji, jak w teatrze cieni, suną czarne sylwetki jeleni. Niczym tajemnicze znaki nieznanego alfabetu na wąskim pasku szarego papieru, potężne poroża zapisują kolejną kartę kroniki rykowiska. Nagle donośne granie wstrząsa obrazem, najpierw jedno, potem kolejne, ze wszystkich stron: od pola, z pobliskiego lasu, z przyjeziornych chaszczy odzywają się zapowiedzi rycerskiego turnieju wszechjesieni. Wyższe i niższe, dłuższe i krótsze dźwięki wyprzedzają właścicieli potężnych krtani, informując o ich powolnym zbliżaniu się do pola bitwy. Noc konspiruje z chmurami, nie pozwalając księżycowi nawet przez chwilę oświetlić drogi na rykowisko. Wskazanie jelenich ścieżek równa się niewybaczalnej zdradzie. Puszysta zasłona milczenia spada na wszystko, co rozgrywa się na pograniczu ludzkich snów i zwierzęcej jawy, toczące się nieustannie walki przerwie dopiero nadchodzący świt…
jasna linia na wschodzie oddzieliła już niebo od ziemi, dzień żegna noc i zaprowadza swoje porządki. Ognista kula powoli wytacza się zza omszałej drzewami góry i nieśmiało oświetla pobliskie łąki. Granie powoli rozprasza się, cichnące dźwięki rozlegają się to tu, to tam, oddalając się od siebie coraz bardziej. Rykowisko dogasa, jeszcze tylko gdzieniegdzie żarzą się pojedyncze głownie dźwięków, ale i te za chwilę znikną w powodzi świtu. Zarys ciemnego cielska zatrzymuje się w jaśniejszej smudze trwa, ostatni jeleni ryk trzęsie nadchodzącym dniem, przesyła swoim pobratymcom zapowiedź kolejnej, być może ostatniej potyczki. Kłąb wilgoci podkreślony chłodem poranka wydostaje się ze zmęczonego wnętrza zwierzęcia, ciężki łeb kołysze się nad transzejami kolczastych jeżyn. Pobliska osika przygrywa liśćmi, usiłując zmylić wszystko dookoła, że pada deszcz. Powietrze porusza się tylko nieznacznie, ale nozdrza byka rozdymają się, wyczuwając obecność intruza. Człowiek! Trzeba zejść z utartego szlaku, zwieść parę oczekujących oczu i szybko zniknąć w gęstwinie nadbrzeżnych chaszczy. Liczy się każda chwila odpoczynku, tylko kilka godzin zostało do kolejnych bitew. Kiedy wieczór zachłyśnie się chłodem znad jeziora, ze swoich kryjówek znowu wyjdą ciemni rycerze w śmiercionośnych szyszakach. Będą walczyć o przetrwanie swoich rodów, wielkość orszaków i przywództwo.